Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Fotograficzna inauguracja sezonu w TCK

„Cztery pory roku” Tomasza Sikory rozpoczynają nowy sezon wystaw w Galerii TCK.  Wernisaż wystawy odbył się w dniu urodzin autora 9 września w TCK.  To urodzinowe spotkanie z wybitnym fotografikiem, synem i ojcem rzeźbiarza, poprowadził historyk sztuki Marek Grygiel. Wystawa, do której zdjęcia zostały zrobione w większości w Męćmierzu pod Kazimierzem Dolnym, to malarskie impresje na temat polskiego krajobrazu. Wysmakowane kolory oraz dobrane z ogromną wrażliwością tematy tworzą fascynującą panoramę czterech pór roku. Te zdjęcia to poruszające obrazy łączące malarstwo z fotografią. Pomysł stworzenia takiego cyklu powstał kilkanaście lat temu w Australii i wyrósł z tęsknoty za polską przyrodą, której artysta nadał wymiar uniwersalny. W młodości Sikora był hipisem, teraz jest wegetarianinem. W wieku 20 lat wyjechał do Paryża jako stypendysta Kodaka. Po powrocie do Polski od 1972 przez dziesięć lat pracował jako fotoreporter warszawskiego tygodnika „Perspektywy”.  W 1982 r. wyjechał do Australii… - Moja pierwsza płatna praca w Australii to było zdjęcie przeciętego na pół prosiaka. Za parę dolarów. Dla lokalnego rzeźnika. Trzeba było jakoś zacząć - tak artysta opowiada o trudnych początkach emigracji w Australii. Emigracji, z której wrócił. Polską się zachwyca. I to Polsce poświęcił swój najnowszy album. Rzeczywiście, każde ze zdjęć w „Czterech Porach Roku” to powrót do Polski. - Bo choć mogłyby być zrobione wszędzie, to i tak w nich Polskę widać – dopowiada.

Tomasz Sikora (ur. 1948 r.) - fotograf, twórca teatralnych i filmowych plakatów, ilustracji książkowych, realizator prac dla agencji reklamowych w Ameryce i Europie.  Miał kilkadziesiąt wystaw indywidualnych, wielokrotnie nagradzany za swoją twórczość. Po powrocie z Australii, w 2002 roku wspólnie z Andrzejem Świetlikiem stworzył Galerię Bezdomną, promującą fotografię niezależną. W 1982 wyjechał do w Australii, gdzie prowadził warsztaty fotograficzne w Victoria College w Melbourne, założył również własne studio fotografii reklamowej, wydawał książki i kalendarze.

Tomek Sikora, artysta fotograf, wędruje z aparatem od ponad 50 lat. Wychwytuje, oswaja i zamienia napotkane chwile w wizjonerskie kadry. Jego kreacje łamią zasady. Wyjątkowy styl, jak charakter pisma, wyróżnia go w czołówce polskich twórców fotografii. Dwukrotnie uznany został najlepszym fotografem reklamowym w Australii i  Oceanii. Pracował dla czołowych agencji reklamowych Australii, USA, Nowej Zelandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Malezji, Singapuru, Hong Kongu oraz Polski. Na swoim koncie ma także współpracę z czołowymi polskimi grafikami, tworzył plakaty teatralne i filmowe. Zajmuje się również fotografią mody, wykonywał projekty m.in. dla Comme des Garçons, Romeo Gigli, Giorgio Armani, Dries Van Noten, Yohji Yamamoto, Issey Miyake, Prada. Obecnie uczy w  Europejskiej Akademii Fotografii oraz w Akademii Fotografii. Publikuje limitowane edycje autorskich książek i albumów.

Jego prace wystawiane były licznie w wielu krajach na świecie – w  Holandii, Francji, Australii, Bułgarii, Szwecji, Polsce, USA. Tytuły projektów Tomka Sikory to m.in.: „Alicja w krainie czarów", „Second Skin", „Ziemia obiecana", „Miejsce Magiczne", „Przejrzystość Rzeczy", „Ludzie z mojej dzielnicy", „Świńskie Opowiastki", „Maroko", „Kobieta".

 

Poniżej o syntezie malarstwa i fotografii autor opowiada w wywiadzie udzielonym PAP, rok temu przed premierą wystawy w Galerii Leica w Warszawie.

Daria Porycka, PAP: Co zobaczymy na zdjęciach z cyklu "Czterech pór roku"?

Tomasz Sikora: Chciałem, by na fotografiach pojawiały się rzeczy nierzeczywiste, np. pole w momencie roztopów, po którym zimą przejechały sanie, pozostawiając paski wgniecionego śniegu. Najbardziej fascynowały mnie okresy przejściowe, wczesne roztopy, pierwsze śniegi, które powodowały, że drzewa się chyliły, a przyroda przybierała na  chwilę formy niebywałe. Na przykład właściciel plantacji nie ściął słoneczników. Kwiaty pokryte śniegiem stworzyły nieprawdopodobny obraz.

   

Zdjęcia "Czterech pór roku" są fotograficznymi obrazami, czyli impresyjnym spojrzeniem na zagadnienie, które nurtuje mnie od lat; żyjąc w Australii, gdzie panuje niemal wieczne lato, tęskniłem za czterema porami roku, zaczęło mi brakować mrozu, śniegu, różnych walorów estetycznych i zapachowych. Postanowiłem poprzez fotografię przywołać te "klimaty". Zdjęcia są mocno przefiltrowane przeze mnie, czyli nieobiektywne, niedokumentalne. Takie, które za każdym razem można inaczej interpretować, co rozbudza wyobraźnię.

Kim jest pani Wiosna, Lato, Jesień, Zima, czyli kobieta w czterech wcieleniach, którą widać na fotografiach?

- To przeurocza osoba, która zaistniała w różnych moich projektach dzięki internetowi. Dostałem kiedyś mail od bardzo młodej dziewczyny z Pomorza, która napisała, że bardzo podobają się jej moje zdjęcia i chciałaby stanąć przed aparatem. To się rzadko zdarza. Normalnie nie reaguję na tego typu oferty, zresztą nie mam ich wiele, bo prawie w ogóle nie używam Facebooka, internetu itd., ale tu akurat zareagowałem. Bardzo pięknie się sprawdziła.

Każde ze zdjęć w „Czterech Porach Roku” tak naprawdę zaczęło się chyba od postprodukcji?

- Postprodukcja jest elementem mojej fotografii, od kiedy zacząłem się fotografią zajmować. Przy czym obecnie, jeśli jest, to elektroniczna. W przeszłości np. nakładałem na siebie trzy warstwy albo w laboratorium, w ciemni, pod powiększalnikiem, negatywy naświetlałem. Wszystko zależy od tego, czy chcemy mieć zdjęcia bardzo czyste, czy dopuszczamy element przypadku. Kiedyś był ogromny element przypadku, i to było bardzo piękne, bo surowe, a jednak był taki efekt, jak chcieliśmy, efekt odrealnienia rzeczywistości - a to jest to, co mnie właściwie w fotografii najbardziej interesuje.

 

„Ciągnę” dwa nurty fotografii. Jeden to ten, który uprawiam sobie na ulicy. Kiedy aparat jest jedynym narzędziem, które może zatrzymać czas, i to w sytuacjach w inny sposób kompletnie niezauważalnych. Na przykład nie zauważamy pewnych gestów, które dopiero zatrzymane [w kadrze] są ewidentne i są cudowne.

A z drugiej strony ta fotografia kreowana, która, owszem, bazuje na solidnym obrazie, te wszystkie zdjęcia zostały sprowokowane albo jakimś niezwykłym światłem, albo przypadkową sytuacją. Na przykład 70 proc. zdjęć było robionych w okolicach Męćmierza, za Kazimierzem Dolnym. Nagle, podróżując po okolicach, w zimie, na nartach biegowych, trafiłem na przysypane śniegiem słoneczniki, które nie były ścięte.

W pańskich pracach zaciera się granica między fotografią a malarstwem.

- Odwołuję się do stylistyki bardzo plastycznej, malarskiej. Fotografia dla mnie nigdy nie kończyła się po naciśnięciu migawki, wtedy dopiero się zaczynała. Przez wiele lat na przykład pracowałem nad techniką brudzenia zdjęć. Uważam, że nie istnieje coś takiego jak doskonałość. Doskonałe rodzi się dziecko, ale kiedy zaczyna żyć, to traci tę doskonałość. Dla mnie fotografia zawsze musiała zawierać w sobie takie elementy, które pozwolą człowiekowi oglądającemu na oderwanie się od rzeczywistości, na zobaczenie jej w inny sposób.

 

Kiedyś powiedział pan: "Nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, by zrobić dobre zdjęcie". Czy ta wystawa może być na to dowodem?

- Właśnie. Nam się wydaje, że to co mamy jest zwykłe, codzienne, "opatrzone", że jak pojedziemy do Indii i zobaczymy ludzi leżących na ulicy lub ubranych w cudowne, kolorowe szaty, to nas to zmobilizuje do tego, żeby wyjąć aparat i zrobić snapshota albo zdjęcie bardziej przemyślane. Nawet tutaj, w tej sali galerii, można zrobić doskonałe zdjęcia oparte na formach, na tej bieli, można dodać tu jeszcze białego kota albo lwa i wymyślić coś takiego, co na pewno nikogo nie zanudzi. Wszędzie się coś dzieje, a najwięcej się dzieje w najmniejszych miejscach. Jest mnóstwo tematów, to tylko zależy od naszej wrażliwości i od tego, o czym chcemy opowiadać. Zawsze mówimy w pewnym sensie o sobie.

A jednak uważa się też, że siłą fotografii jest świat "zatrzymany w kadrze", utrwalony.

- To zadanie fotografii reporterskiej. Poza reportażem, fotografia ma pokazywać nasz świat, a nie świat obiektywny. Przychodzimy na wystawę, by poznać autora, odkryć, co on chce pokazać, jakim jest człowiekiem, bo jeden jest zakręcony, a drugi wyluzowany. Ważne, by to, co widzimy, było sfotografowane szczerze, nie pod naciskiem jakiejś osoby z zewnątrz. Fotografia powinna wypływać z potrzeby, którą stymuluje życie.

 

Ostatnio zauważyłem, że mam ogromną ochotę, by działać jako antidotum na negatywne media, by ludzie oglądając moje prace, odczuwali przyjemność, ale niekoniecznie pękali ze śmiechu. Choć osobiście ubóstwiam rzeczy, które mnie rozśmieszają, bo dzięki nim człowiek ma przynajmniej piętnaście minut kompletnego oderwania od rzeczywistości i życie przebiega w cudownym nastroju.

Jak długo fotografował pan cztery pory roku?

- Trwało to kilka sezonów; trzy może cztery, ale  gdy opisywałem zdjęcia wybrane na wystawę, okazało się, że najstarsze ma siedem lat.

Co sądzi pan o globalnym trendzie wrzucania fotografii amatorskich przy pomocy aplikacji mobilnych do Internetu? Czy każdy powinien być fotografem swojej codzienności?

- Każdy powinien być fotografem swojego życia, fotografowanie swojej codzienności jest kwestią absolutnie najważniejszą, staje się później źródłem fantastycznych wspomnień. Sam zrobiłem dwa takie projekty oddzielone od siebie o dziesięć lat pt. "Minął rok".  Polegały na tym, że robiąc autoportrety i podpisy, przedstawiałem swój stan ducha każdego dnia. Namawiam do tego innych, ponieważ dzięki temu z dystansu możemy zobaczyć, czy nie za bardzo przejmowaliśmy się pewnymi sprawami. Poza tym wiele osób nie może zaakceptować swojego wyglądu, chce wyglądać inaczej, a tego typu zdjęcia pozwalają nam siebie polubić. Ile jest osób, które nie mieszczą się we współczesnych kanonach piękna, ale są radosne, dają nam tyle pozytywnej energii.

 

Źródła: PAP, Leica Gallery, opr. DS, 8.09.2014 oraz materiały TCK

Ps. Wystawie towarzyszy album "Cztery pory roku”  wydany przez wydawnictwo Boni Libri. Album jest ekskluzywną publikacją zaprojektowaną przez samego autora i zawierającą 117 zdjęć, a Ci którzy zdecydują się go zakupić znajdą w nim miłą niespodziankę. Jest nią przygotowana przez Tomasza Sikorę płyta CD zatytułowana „Co słychać na wsi”, będąca dźwiękowym suplementem do fotografii.

Ryszard Zaprzałka

Zdjęcia – Paweł Topolski (www.tarnow.pl)