Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Polityczno-finansowa mizeria kulturalnego Bieguna Ciepła...

Jak donoszą lokalne media, w soboty nie będzie już można skorzystać z oferty artystycznej i edukacyjnej galerii miejskiej BWA. Budynek w Parku Strzeleckim w soboty będzie zamknięty na cztery spusty. Powód jest prosty - miejskie instytucje kultury w Tarnowie otrzymały mniejsze środki na działalność w tym roku, w efekcie konieczne jest zaciskanie pasa. To kolejna zła wiadomość dotycząca tarnowskiej kultury, po odwołaniu Agnieszki Kawy z funkcji dyrektora CSM, rezygnacji Andrzeja Szpunara z ubieganiu się o następną dyrektorską kadencję w MO i zapowiedziach zmian w teatrze. To kadrowe rozchwianie i finasowe restrykcje nie najlepiej rokują "na ten Nowy Rok" w tarnowskich instytucjach kultury. Na razie do odwołania BWA w soboty będzie nie czynne, aliści szefowa galerii Ewa Łączyńska-Widz liczy, że uda się jej pozyskać brakujące srodki. Poniżej publikujemy wywiad z dyrektor BWA przeprowadzony przez Piotra Polichtę dla www.Culture.pl, który poprzedził mocno kontrowersyjną tezą, jakoby Galeria Miejska za dyrekcji poprzedniego dyrektora Bogusława Wojtowicza była najgorszą tego typu placówką w Polsce, co jest ewidentną nieprawdą i mocno krzywdzi pamięć o wybitnej osobowości ówczesnej tarnowskiej kultury, jaką był "Boguś". 

Ewa Łączyńska-Widz: Miejsce na rzeczy niespodziewane

Od galerii określanej jako najgorsze BWA w Polsce do instytucji stawianej za wzorzec, od obskurnego pawilonu do odrestaurowanego neogotyckiego pałacyku – o historii BWA Tarnów opowiada matka jego sukcesu, Ewa Łączyńska-Widz.
 
Piotr Policht: Jak trafiłaś do Tarnowa?
 
Ewa Łączyńska-Widz: Mój start zawodowy wiązał się z ważną zmianą instytucjonalną w Polsce – czasem budowy wielu nowych instytucji kultury w całym kraju. Skończyłam historię sztuki w Krakowie w 2007 roku, w tym czasie na UJ uruchomiono pierwsze podyplomowe studia kuratorskie, które założyli Andrzej Szczerski i Adam Budak. Mówiło się wtedy dużo o instytucjach, o różnych aspektach, od budynków do znaczenia logotypów.
 
Ważnym momentem było powołanie w 2004 roku ministerialnego projektu Znaki Czasu, polegającego na budowie regionalnych kolekcji sztuki współczesnej. W Krakowie powstała Małopolska Fundacja Muzeum Sztuki Współczesnej. Nie było jeszcze muzeum, ale był duży entuzjazm dla tej sprawy. Organizowano publiczne debaty, spotkania. Mówiło się o tym, że Kraków powinien mieć muzeum sztuki współczesnej, zastanawiano się, gdzie mogłoby być zlokalizowane i jak wyglądać. Kiedy powstawały plany budowy Galerii Krakowskiej i przed Dworcem Głównym był spory bajzel, trwały poważne rozmowy na temat tego, że być może budynek starego dworca należałoby zaadaptować na muzeum. Dopiero później wybudowano MOCAK. W tyle głowy miałam te rozmowy o instytucjach, ale sama nie myślałam, że chciałabym prowadzić jedną z nich i to z oddziałem na dworcu w Tarnowie prezentującym prace z krakowskiej kolekcji Znaki Czasu.

Jakie wtedy miałaś plany?
 
W sumie żadnych – prawo młodości, co z dzisiejszej perspektywy odbieram za wartość. Kiedy poszłam na studia, nie wiedziałam, którym okresem w sztuce chcę się zajmować, moja wiedza była ogólna i równie niewielka w stosunku do każdej epoki. Ostatecznie ważnym punktem było zaangażowanie się w wystawy organizowane przez starszych kolegów i seminarium sztuki współczesnej. Podobało mi się to, że sztuka współczesna jest bardzo wielowątkowa, można w jej interpretacji odnieść się do aktualnych wydarzeń, połączyć ją z piosenką Świetlików. Kiedy ktoś interpretował dzieło sztuki dawnej, to musiał robić to przy użyciu odpowiednich narzędzi. Pamiętam, że nasza bardzo zdolna koleżanka, która opisała gotycki krucyfiks w sposób bardzo emocjonalny, nie dostała dobrej oceny.
 
Z książki „Minimalizm” profesor Hussakowskiej-Szyszko dowiedziałam się, że amerykański artysta Donald Judd uciekł z Nowego Jorku i założył swoje muzeum na pustyni w Teksasie. Pochodzę z rodziny rolniczej, umiem wyobrazić sobie powierzchnię 137 hektarów, które zajmuje Chinati Foundation. To mnie zaintrygowało. Udało mi się dostać ich stypendium, pojechać tam, by zebrać materiały do pracy magisterskiej o tym muzeum. Nie myślałam, że interesuję się tym, bo sama chciałabym prowadzić instytucję. W tym czasie w Krakowie było kilka prywatnych galerii, nie myślałam o założeniu własnej. Można było dostać się do Bunkra Sztuki, ale tylko na staż, miejsc pracy nie było. Więc przeprowadziłam się do Tarnowa, do rodzinnego mieszkania, nie wiedząc jeszcze, co mogę robić. Miałam różne przygody, byłam sekretarką w teatrze, myślałam, że będę nauczycielką wiedzy o kulturze w jednym z tutejszych liceów. Do dziś mam stos CV z tego czasu, które rozesłałam do wszystkich dyrektorów szkół średnich i tylko jeden z nich odpisał, że niestety nie. Potem okazało się, że galeria BWA potrzebuje osoby od edukacji. Ówczesny dyrektor Bogusław Wojtowicz zaprosił mnie na spotkanie i mnie przyjął.

Sama galeria nie miała wtedy najlepszej prasy.
 
To zależy, kogo zapytać.
 
Ale nie przyjeżdżałaś z Krakowa na wystawy tutaj?
 
Nie, co nie znaczy, że galeria nie działała. Interesowałam się wtedy bardzo młodą sztuką i zostałam zatrudniona także po to, żeby wprowadzić do programu galerii trochę takich działań. Co dziś z perspektywy dyrektorki nie wydaje mi się wcale takie oczywiste. Niektórzy szefowie instytucji kultury nie chcą zatrudniać młodych ambitnych osób bojąc się konkurencji. Tymczasem dyrektor Wojtowicz zawsze mnie wspierał.

Jaka jest historia tarnowskiego BWA?
 
Historia zaczyna się w 1962 roku, kiedy galeria powstała jako delegatura krakowskiego Biura Wystaw Artystycznych – dzisiejszego Bunkra Sztuki. W 1975 roku stała się autonomiczną galerią, a w czasach świetności miała nawet swoją filię w Dębicy. Na początku lat 90. przyszła reforma, zmieniły się realia – galeria przeszła na utrzymanie miasta. Zajmowała wtedy niewielki lokal w Pasażu Tertila tuż przy Rynku. Poprzedni dyrektor starał się o nową siedzibę. Pod koniec lat 90. zaczęła się moda na rewitalizację obiektów industrialnych. W Tarnowie jest XIX-wieczny Młyn Szancera, który chciano wyremontować na „Młyn Sztuki”. Ówczesny zespół BWA przygotował plan jego rewitalizacji, dzięki funduszom unijnym pojawiła się szansa, że znajdą się na to finanse.

Ale się nie udało.
 
Niestety nie, choć było naprawdę blisko. W tym czasie PKP postanowiło wyremontować swoje dworce, a jedną z pierwszych inwestycji był imponujący secesyjny dworzec w Tarnowie. PKP starannie go odnowiło, ale też wzrosły czynsze, więc punktów ksero czy barów z zapiekankami nie było już stać na najem. Jedno skrzydło zostało puste, a PKP postanowiło po preferencyjnych cenach oddać go miastu na jakąś instytucję. Władze miasta pomyślały o nas, bo potrzebowaliśmy nowego miejsca, a dworzec w porównaniu do naszego ciasnego i wymagającego remontu Pasażu Tertila był olśniewający, wręcz onieśmielający. Wszystko błyszczało, konserwator był bardzo dumny. Ale w związku z tym nie można wbić gwoździa w ścianę. Na podłodze jest biało-czarna szachownica z płytek sprowadzanych z Anglii, z tej samej manufaktury, co sto lat wcześniej...

     

Czyli niezbyt praktycznie z perspektywy galerii.
 
W naszym małym zespole zdania były podzielone – niektórzy cieszyli się, że jest jakakolwiek nowa przestrzeń, inni uważali że jest tak niepraktyczna, że żadna wystawa nie może się w niej udać. Do tego nagle zmarł nasz dyrektor, który miał zaledwie 54 lata. Niestety, choroba nowotworowa, z którą kilka lat wcześniej wygrał, dała o sobie znać powtórnie. Niedługo przed nawrotem choroby dyrektor powołał mnie na swoją zastępczynię. Przez rok byłam p.o. dyrektora, potem wygrałam ogłoszony konkurs. Zostałam – podobno – najmłodszą dyrektorką publicznej galerii w Polsce, miałam 28 lat. Miasto wykazało się otwartością powierzając instytucję młodej osobie. W tym czasie przeprowadziliśmy się na dworzec, zaraz potem okazało się też, że pod opiekę miasta wraca Pałacyk Strzelecki – neogotycki budynek położony w Parku po sąsiedzku z mauzoleum gen. Bema. Kiedy jeszcze trwały zabiegi wokół Młyna Szancera, na liście alternatywnych miejsc, które byłyby dobre na galerię, Pałacyk zajmował absolutnie pierwsze miejsce.

Wcześniej stał pusty, jak młyn?
 
Nie, wydawał się zupełnie nieosiągalny, bo miał użytkowników. Wcześniej działała w nim harcówka, potem należał do Bractwa Kurkowego. Bractwo nie jest instytucją, nie ma przychodów, które pozwoliłyby na utrzymanie budynku, który dodatkowo wymagał gruntownego remontu. Pałacyk wrócił do miasta. Władze miasta wiedziały, że my szukamy lokalu, uruchomiono środki unijne, a to była akurat ostatnia okazja, by załapać się na dofinansowanie dla rewitalizacji zabytku na cele kulturalne. Szanse były niewielkie, bo w Małopolsce wspaniałych zabytków, które złożyły aplikację, było wiele. Ale udało się. Trafiliśmy w idealny moment dzięki unijnemu wsparciu. Dziś, a tym bardziej w latach 90., taka zmiana byłaby raczej niemożliwa.

Powstało w tym czasie sporo zupełnie nowych muzeów.
 
Tak, my też jesteśmy dzieckiem unijnych grantów. W innym wypadku Tarnowa nie byłoby stać na remont tego budynku i przekazanie go na cele sztuki współczesnej.
 
Wiele galerii dawnej sieci BWA nie dotrwało do takich okazji. Ciężko jest funkcjonować, gdy grant się kończy?
 
Jesteśmy w pewnym sensie młodszym bratem galerii BWA Sokół w Nowym Sączu, która powstała chwilę przed naszą przeprowadzką. To była największa po MOCAK-u przestrzeń wybudowana dla sztuki współczesnej w Małopolsce. Bazujemy na regionalnych budżetach, które są raczej średnie. Zastrzyk unijnych pieniędzy pozwolił w Nowym Sączu zrealizować fantastyczny projekt „Galicja. Topografie mitu” zakończony wystawą Andy Rottenberg, która jest rodzinnie związana z tym miastem. Nam udało się wtedy dostać duży grant na cykl wystaw „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” bazujących na połączeniu sztuki współczesnej i lokalnego dziedzictwa. Bez tego pewnie ciężko byłoby się nam rozkręcić.
 
Dzięki unijnym pieniądzom mieliśmy budżet na jedną wystawę taki, jak wcześniej na całoroczny program. Nie wszystko zależy od pieniędzy, ale jeśli się je dobrze wyda, to – szczególnie w przypadku małej instytucji – okazują się inwestycją, która przynosi owoce przez wiele kolejnych lat. Na przykład możesz zaprosić do miasta artystów z zagranicy na rezydencję czy pracować z profesjonalnym architektem wystawy. Takie rzeczy procentują. Kiedy robiliśmy pierwszą wystawę w tym miejscu – „Jak się staje, kim się jest” – kuratorki Agnieszka Pindera i Marika Zamojska zaprosiły jako aranżera Roberta Rumasa, wybitnego w tym fachu. To był świeży budynek i wiele rzeczy, od świateł do podłogi, Robert ustawił nam tak, że korzystamy z nich do dziś. Przy innej wystawie Jarosław Fliciński, który, oprócz tego, że jest malarzem, skończył też architekturę, zaprojektował nam ścianki, które służą nam do dziś. Każdy większy projekt rozwija instytucję merytorycznie i infrastrukturalnie.

     

Sokołowi po spektakularnym starcie poszło średnio – dziś największa atrakcja w galerii to biennale pasteli, ale pamiętam, że i w lepszych latach ten wielki budynek świecił pustkami, na wernisaże zjeżdżali się głównie ludzie z Krakowa. W Tarnowie zawsze było z tym lepiej, jak zawalczyłaś o lokalną publiczność?
 
Kilka czynników wpłynęło na to, że było nam zapewne łatwiej niż galeriom w innych miastach. Na przykład dzięki spektakularnemu sukcesowi twórczości Wilhelma Sasnala. W Tarnowie ludzie interesują się swoimi krajanami, a choć Wilhelm już wtedy tu nie mieszkał, miasto często pojawiało się w jego sztuce. Także Tadeusz Kantor tu dorastał, zdał maturę, spędził tu kilka lat, w których zdecydował, że chce zostać artystą.
 
Razem z Dawidem Radziszewskim przygotowaliśmy w 2011 roku wystawę „Tarnów. 1000 lat nowoczesności”, która odnosiła się do modernistycznej architektury miasta, głównie historii dzielnicy Mościce. Wtedy zdałam sobie sprawę, że dotknęliśmy czegoś, co ludzi autentycznie interesuje. Na wystawie była bardzo duża frekwencja, z jednej strony ściągnęła ona krytyków i środowisko z całej Polski, a z drugiej wielu mieszkańców. Tarnowianie przychodzili oglądać stare zdjęcia, odnajdywali wujka na plakacie i dom sąsiadki w książce. Była to nowa publiczność. Złowiliśmy ich na wędkę lokalności i czuć było, że spotkanie ze sztuką współczesną jest dla nich wartościowe.
 
Idąc tym tropem, zrobiliśmy jeszcze kilka wystaw, w tym takie, które łączyły sztukę współczesną ze sztuką dawną. Np. „Ars Moriendi”, bazującą na kolekcji lokalnego mecenasa sztuki Bogdana Steinhoffa, który prowadzi zakład pogrzebowy i ma kolekcję sztuki związaną ze śmiercią i obrzędem pochówku. Kurator Przemysław Chodań marzył o przygotowaniu takiej wystawy. Próbował też w innych miejscach, ale okazało się to bardzo trudne proceduralnie, żeby do galerii sztuki takiej jak BWA wypożyczyć dzieła sztuki dawnej z muzeów. Natomiast od prywatnego kolekcjonera było to możliwe. Więc dwa główne elementy naszego programu to połączenie sztuki współczesnej z dawną i elementy lokalnego dziedzictwa
 
Nie miałaś pokusy, żeby w BWA wprowadzić swój zupełnie autorski program?
 
Kiedy wygrałam konkurs, znajomy ze środowiska powiedział: „Świetnie, teraz możesz wszystko”. To poniekąd racja, choć trzeba się liczyć z szeregiem rzeczy, radą miasta zatwierdzającą budżet itd., ale rzeczywiście można czasami prowadzić galerię w sposób autorski. Miałam swoje zainteresowania, ale pomyślałam, że jest za wcześnie, by profilować galerię na sztukę mocno awangardową.

  

No właśnie, wspomnianego Sasnala łatwo docenić za malarstwo, ale kiedy w Mościcach stanęła jego rzeźba „28.03.1983”, to nawet lokalni dziennikarze kulturalni oburzali się: jak to? Co to ma być za sztuka, betonowe kręgi?!
 
Publiczność bardzo na to wydarzenie czekała, bo on nigdy tu nic nie pokazywał. Ludzie z Mościc są bardzo wyjątkowi, z uwagi na historię dzielnicy, która była drugą po Gdyni największą inwestycją międzywojennej Polski. Bardzo wielu inżynierów budujących Gdynię przyjechało budować Mościce, po czym w nich zamieszkało. Mieszkańcy dzielnicy są bardzo dumni z miejsca swojego pochodzenia i czują swoją odrębność od Tarnowa.
 
Jak mieszkańcy Nowej Huty, którzy mówią, że są z Huty, a nie Krakowa.
 
Tak, Wilhelm też lubi podkreślać, że jest z Mościc. Wieczór odsłonięcia jego rzeźby zaczął się od pokazu filmu w Centrum Sztuki Mościce, po którym przeszliśmy do rzeźby, stojącej za stadionem i dworcem kolejowym. Cała kolumna ludzi szła na to otwarcie, w tym wiele elegancko ubranych starszych pań, sąsiadek Wilhelma. W pewnym momencie skręciliśmy i całej grupie nagle ukazała się rzeźba, która wygląda dość niekonwencjonalnie. I czuć było, że niektórzy nie wiedzą, o co chodzi. Ale wywiązała się ciekawa rozmowa, bo Wilhelm opowiedział o tym, skąd wziął się pomysł na tę rzeźbę. O zimnej wojnie i tym, że dorastając czuł, że mieszka w świetnym, znakomicie zaprojektowanym miejscu, gdzie masz blisko do szkoły, na basen, stadion, do kina, a z drugiej strony mieszkasz koło bardzo dużej fabryki chemicznej, w którą – jako ważny punkt strategiczny – zapewne wycelowane są jakieś rakiety i w każdej chwili wszystko może zostać wysadzone w powietrze. Jest to więc pomnik katastrofy, która ostatecznie nigdy się nie wydarzyła. Było dużo różnych głosów na temat tej rzeźby, ale nadal regularnie przyjeżdżają ludzie, by ją oglądać.


   

Zdarzało się, że chciałaś coś pokazać, ale powstrzymywałaś się uznając to za ryzykowne?
 
Kiedy zaczynałam tu pracować, prowadziłam projekt „Sekcja Sztuki Nowoczesnej: Alfabet polski”, cykl spotkań z młodymi artystami i ich wystawy. Przychodziła wtedy lokalna publiczność, dla której było to dziwne, że w galerii może być tylko jeden obiekt albo że na wystawie był tylko dźwięk. Wtedy zorientowałam się, że potrzeba okresu przejściowego, bo owszem, możemy realizować swój program i robić tylko wystawy ciekawe dla nas i środowiska, dobrze recenzowane, ale mam poczucie, że to jest publiczna galeria. Podatki mieszkańców tego miasta utrzymują naszą galerię i ona ma im służyć. Co nie znaczy, że zrobimy wszystko żeby im się przypodobać; potrzeby publiczności można kształtować, ale nie dzieje się to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trzeba dać ludziom trochę czasu i pokazać, że sztuka może wyglądać bardzo różnie.

Mówiłaś o entuzjazmie wokół powstających instytucji, kiedy zaczynałaś karierę. Nie masz wrażenia, że teraz klimat się zmienił? Adam Mazur pisał niedawno w „Dwutygodniku” o tym, że instytucje są asekuranckie i wszyscy tylko drżą o stołki, Anna Mituś w BWA Wrocław zrobiła wystawę o niezależnych przestrzeniach...
 
Był faktycznie moment hossy, zapał, powstawały nowe budynki. Mówi się, że najłatwiej jest coś wybudować, trudniej to utrzymać i zachować równowagę planując nowe inwestycje. Każdego roku musimy starać się zapewnić publiczności jak najlepszy program, nawet gdy środków jest niewiele. Instytucje kultury są w równym stopniu obciążone biurokracją, co wszystkie inne publiczne placówki. Nie wszystkie galerie sobie z tym radzą. Z jednej strony trzeba myśleć długofalowo, programować działania z dużym wyprzedzeniem; z drugiej, w sztuce wiele rzeczy dzieje się dynamicznie. Chcesz zaplanować coś za trzy lata, ale być może za pół roku wydarzy się coś fantastycznego, co należy pokazać od razu. Najlepiej ułożyć jakąś główną oś, ale zostawiać sobie miejsce na rzeczy niespodziewane. Życie artystyczne zawsze wymyka się ramom instytucji, choćbyś nie wiem, jak dobrze je zaprojektował. Trzeba być ciągle czujnym i otwartym, w przeciwnym razie skazujesz instytucję na skostnienie.


   

Piotr Policht - www.Culture.pl

Piotr Policht – krytyk sztuki, od czasu do czasu bywa też kuratorem. W Culture.pl pisze o sztukach wizualnych i okolicach. Redaktor magazynu „Szum”.