Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Ryszard Kotys nie żyje...

 

- Praca pozwala mi zapomnieć o... starości. Jest najlepszym lekarstwem na wszystko! - mówił.

W zawodzie pracował od 65 lat, zagrał w ponad 40 serialach i 150 filmach fabularnych. Na swoim koncie ma role m.in. u Andrzeja Wajdy, Wojciecha Jerzego Hasa, Kazimierza Kutza i Agnieszki Holland. Zagrał także w dwóch częściach "Vabanku" oraz "Kingsajz" Juliusza Machulskiego. Był wziętym aktorem teatralnym, a także reżyserem i scenarzystą. Uważany był za prawdziwego mistrza drugiego planu. Serialowym widzom był najbardziej znany z roli Mariana Paździocha w "Świecie według Kiepskich", w którym grał od 1999 r. Najstarszy aktor najdłuższego sitcomu świata zmarł dzisiaj 28 stycznia po ciężkiej chorobie, w wieku 88 lat.. Pan Ryszard był także etatowym aktorem Solskiego w Tarnowie w sezonach 1973 - 1975 za czasów wielkiego dyrektora naszego teatru Ryszarda Smożewskiego. Tak się złożyło, że miałem zaszczyt pracować, a nawet statystować u boku pana Kotysa, m.in. w spektaklu "Złoty chłopiec", „Czekając na Godota”,  „Damy i Huzary”, „Pokój na godziny”. Z powodu zaawansowanego wieku i choroby wycofał się jednak jakiś czas temu  z występów w teatrze i filmie. Ryszard Kotys rzadko udzielał wywiadów, a może też niewielu o wywiad  zabiegało. Po obejrzeniu "Erratum" Marka Lechkiego, bardzo zapragnąłem osobiście poznać  aktora - pisze na FB  tarnowianin Łukasz Maciejewski, znany i ceniony krytyk filmowy, wykładowca akademicki i pisarz. To było wzruszające spotkanie. I dobra rozmowa. Tak wiele opowiedział wtedy o sobie, o kolegach z roku - Cybulskim, Kobieli, Jędrusik, pierwszym powojennym pokoleniu aktorskim.

(...) W 1953 roku skończył Pan szkołę aktorską w Krakowie. To był chyba najlepszy rocznik w historii tej uczelni. Razem z Panem studiowali m.in. Bogumił Kobiela, Kalina Jędrusik, Zbigniew Cybulski czy Leszek Herdegen.

Wszyscy byliśmy młodzi, ale mieliśmy za sobą ponure doświadczenia wojenne. Różnił nas wiek, wspomnienia, łączyła pasja życia i nadzieje. Należałem do grona najmłodszych studentów. Kiedy dostałem się do szkoły, miałem zaledwie siedemnaście lat, pozostali koledzy byli starsi ode mnie o pięć, sześć lat. Niektórzy wcześniej studiowali, inni kończyli jakieś kursy. A ja byłem tak zwanym prawdziwkiem. Patrzyłem na świat i Kraków szeroko otwartymi oczami

To był dopiero drugi rocznik w historii tej uczelni?

Tak, na pierwszym, studiowali późniejsi wybitni reżyserzy – Janusz Warmiński i Jerzy Jarocki. Mieliśmy duży udział w budowaniu profilu szkoły. Kształtowaliśmy jej działalność od strony programowej, kontaktowaliśmy się ze studentami wydziałów aktorskich w innych ośrodkach w kraju. W tym czasie w Warszawie rozpoczynali studia m.in. Ignacy Gogolewski, Lucyna Winnicka i Romek Kłosowski. W Łodzi uczyli się Mieczysław Stoor, Bogusław Sochancki i twórca „Nocy i dni” – Jerzy Antczak. Halina Gryglaszewska prowadziła w Krakowie wspaniały teatr dla młodzieży, Jerzy Jarocki przysyłał nam z Moskwy tłumaczenia Stanisławskiego i Michaiła Czechowa. W naszym kole naukowym pojawił się charyzmatyczny Jerzy Grotowski…

To było mocne, pokoleniowe wejście. Wspólnie tworzyliście nowy typ aktorstwa filmowego i teatralnego w Polsce.

W jednym miejscu spotkała się grupa różnych indywidualności. Wzajemnie się uzupełnialiśmy. Cały czas przebywaliśmy razem. Jeździliśmy na obozy młodzieżowe, chodziliśmy na prywatki. W tym czasie, po raz pierwszy, przepracowaliśmy słynną metodę Stanisławskiego. Wdrożenie jej w życie było inicjatywą koła naukowego studentów ówczesnej PWSA.

"Złoty chłopak", 30 listopada 1974 - Teatr Ziemi Krakowskiej im. Ludwika Solskiego (Tarnów). Fot. Łagocki Zbigniew.

Jak wtedy zachowywały się późniejsze legendy polskiego kina: czy Jędrusik od razu była skandalistką, a Kobiela – dowcipnisiem?

Skądże. Bobek Kobiela był po prostu radosny, a Kalina była sympatyczną, skromną dziewczyną. Żadnych skandali. Oczywiście, od początku Kalina miała niewątpliwy sex appeal, ale nie robiła z tego użytku. Przede wszystkim pięknie śpiewała. Zafascynowany jej interpretacjami Dejmek już po pierwszym roku chciał ją zaangażować na etat.

A Cybulski?

Sportsmen i działacz. Aktywnie uczestniczył w działalności AZS. Kiedy jeden z naszych kolegów miał szansę zdobyć medal na ogólnopolskim turnieju, Zbyszek codziennie kupował mu z własnych oszczędności bułki i mleko.

To chyba niewielki wydatek?

Musi pan pamiętać, jakie to były czasy. Myśmy wtedy po prostu biedowali. Mieliśmy koszmarne wspomnienia wojenne. Często brakowało na jedzenie. Ze wszystkich roczników szkoły teatralnej tylko Bobek Kobiela miał zegarek, z kolei kolega z niższego roku dysponował jedyną marynarką. Kiedy szliśmy na egzamin, pożyczaliśmy od niego żakiet, a ponieważ był raczej mikrej postury, wyglądaliśmy w tej marynareczce dosyć komicznie. Zegarek pożyczaliśmy natomiast od Kobieli na randki, żeby zaszpanować przed dziewczynami.

Właściwie dlaczego został Pan aktorem?

To jest pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nie było wtedy telewizji, nie jeździło się do teatru, a ja byłem chłopcem ze wsi. W szkole średniej występowałem w przedstawieniach, recytowałem wiersze. Pomyślałem – dlaczego by nie spróbować? Pojechałem na egzaminy i zdałem za pierwszym razem. Nie ma w tym żadnej filozofii.

"Pokój na godziny", 18 listopada 1973 - Teatr Ziemi Krakowskiej im. Ludwika Solskiego (Tarnów). Fot. Łagocki Zbigniew.

Rodzice nie byli na Pana źli, że wybrał Pan tak ekscentryczną profesję?

Nie. Myślę że oni nie mieli pojęcia, co to znaczy. Ale jako ludzie z natury mądrzy i uczciwi przeczuwali, że ich syn znajdzie się w ciekawym miejscu, wśród interesujących ludzi. I mieli rację.

Skąd Pan pochodzi?

Z Mniowa, niewielkiej wsi pod Kielcami.

Do Kielc powrócił Pan zaraz po szkole, występując w tamtejszym teatrze.

Nie mogłem trafić lepiej. Teatrem kieleckim kierowało wówczas zasłużone dla polskiego teatru małżeństwo Byrskich. W bardzo smutnych czasach socrealizmu wydawali się ludźmi z innego świata. Kulturalni, wykształceni, inteligentni. Ale cały mój rocznik nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu. Co tydzień mieliśmy nowe pomysły. Wspólnie m.in. ze Zbyszkiem Cybulskim wymyśliliśmy, że będziemy robili teatr na prowincji – chodziło o Sosnowiec. W końcu jednak Kobiela, Jędrusik i Cybulski trafili na Wybrzeże, tworząc cudowny Teatrzyk Bim‑Bom, natomiast ja znalazłem się w Nowej Hucie, będąc częścią zespołu nowo powstałego Teatru Ludowego.

Pracował Pan tam m.in. z Franciszkiem Pieczką i Witoldem Pyrkoszem.

W Ludowym powstały wtedy wybitne przedstawienia. Pod wodzą Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego teatr stał się jedną z najmodniejszych scen w kraju.

W wieku 22 lat, w 1954 roku, zagrał Pan główną rolę Jacka w „Pokoleniu”, fabularnym debiucie Andrzeja Wajdy.

Warto przypomnieć odtwórców pozostałych ról w tym filmie, bo taka obsada już się nie powtórzy. Zgodnie z tytułem, to był wspólny, „pokoleniowy” debiut: Andrzeja Wajdy jako reżysera oraz Tadeusza Janczara, Romana Polańskiego, Tadeusza Łomnickiego, Urszuli Modrzyńskiej, Zbigniewa Cybulskiego i mój – w rolach aktorskich. Już wtedy było wiadomo, że ten młody reżyser będzie kimś wyjątkowym. Wajda był uważny i myślący. Uważnie wsłuchiwał się w to, co mieliśmy do powiedzenia.

A Polański?

Nieznośny facet. Uroczy, ale nadaktywny. Wszędzie było go pełno. Jeżeli nie zagadywał nas na planie, śpiewał piosenki, tańczył albo opowiadał dowcipy. Stale miał nowe pomysły, którymi natychmiast dzielił się ze wszystkimi. Taki chochlik. Razem z Tadziem Łomnickim wymyśliliśmy specjalny sposób na namolność Romka. Dyskutowaliśmy o fabułach nieistniejących filmów, a wtedy Polański dostawał białej gorączki, ponieważ – jako koneser kina, który oglądał chyba wszystkie filmy – nie wiedział, o jakim tytule rozmawiamy. Ale to były niewinne żarty. Tak naprawdę Polańskiego trudno było nie lubić. To był talent samorodny, jedyny w swoim rodzaju. Wszystkie uwagi, które na planie dawał Wajdzie, były celne. Na naszych oczach rodził się reżyser.

 

"Damy i huzary", 5 kwietnia 1974 - Teatr Ziemi Krakowskiej im. Ludwika Solskiego (Tarnów). Fot. Knapik Czesław.

Czas zatoczył pętlę. Pięćdziesiąt siedem lat po nakręceniu „Pokolenia” i zagraniu w blisko dwustu filmach i serialach, niedawno, dopiero po raz drugi w życiu, dostał Pan szansę zagrania głównej roli. Rola ojca Michała (Tomasz Kot) w „Erratum” Marka Lechkiego to, moim zdaniem, wspaniała kreacja.

Bardzo dziękuję. Wspominam pracę nad tym filmem ze szczególną tkliwością. Zachwycił mnie scenariusz, w którym wiele było niedopowiedzeń. Kiedy poznałem reżysera, wydawało się, że wrażliwość i pewna nieśmiałość pana Marka Lechkiego mogą być przeszkodą w realizacji filmu. Stało się inaczej. Prawie nie mieliśmy pieniędzy, cały film powstał jedynie z dotacji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Zrezygnowaliśmy z wyśrubowanych honorariów, robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby film wyszedł jak najlepiej.

Tytuł filmu Lechkiego oznacza erratę, czyli wykaz (życiowych) błędów. Czy myślał Pan kiedyś o zrobieniu na własny użytek podobnego bilansu zysków i strat?

Nie, to czcze i niepotrzebne. Nie jestem święty, nigdy nie byłem. Jestem zwykłym, skromnym człowiekiem; z reguły grałem zwyczajnych – a zatem grzesznych – ludzi. Miałem dobre życie. A najważniejsze, że wszystko może się jeszcze zdarzyć.

"Czekając na Godota", 9 stycznia 1974 - Teatr Ziemi Krakowskiej im. Ludwika Solskiego (Tarnów). Fot. Szmuc Jacek.

Cały wywiad tutaj: https://e-teatr.pl/nie-tylko-pazdzioch-a120219

Zdjęcie - w filmie Andrzeja Wajdy "Pokolenie" (rok 1955), razem z Romanem Polańskim, Tadeuszem Janczarem i Tadeuszem Łomnickim

Pozostałe zdjęcia: Agencja W. Impact/ Encyklopedia Teatru Polskiego / Archiwum Teatru im.L.Solskiego w Tarnowie.
 
Przygotował – Ryszard Zaprzałka