Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

31. TARNOWSKA NAGRODA NA FINISZU

Tarnowska Nagroda Filmowa finiszuje - podsumowuje Katarzyna Cetera. Laureatów poznamy w sobotę, ale dziś jeszcze przed nami IKEBANA – spektakl na podstawie scenariusza tarnowianina, Marcina Skóry poświęcony pamięci Marcina Wrony. Jutro gala finałowa. Statuetka za całokształt twórczości została wręczona Januszowi Gajosowi w ubiegłą niedzielę w Tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego, przy tej okazji tarnowska publiczność obejrzała monodram MSZA ZA MIASTO ARRAS w wykonaniu dostojnego i wzruszonego laureata. Podczas tegorocznego święta kina - jak co roku - mieliśmy możliwość obejrzenia filmów krańcowo różnych, każdy na swój sposób dobry. Trudno porównać monstrualne budżety WOŁYNIA ze skromnym a interesującym niskobudżetowym KAMPEREM kręconym w prywatnym mieszkaniu reżysera, kameralne WSPOMNIENIE LATA z rozmachem POKOTU, atmosferę AMOKU ze SZCZĘŚCIEM ŚWIATA. Jeśli dwanaście polskich filmów, które zobaczyliśmy podczas tarnowskiego święta kina, ma reprezentować stan polskiej kinematografii, to jedynym ich wspólnym punktem jest chyba fakt, że każdy z tych obrazów pretenduje do miana „filmu polskiego”. Innych wspólnych mianowników nie ma.

Trzydziestą, jubileuszową Tarnowską Nagrodę Filmową wręczono w ubiegłym roku Magnusowi von Horn, reżyserowi filmu INTRUZ. Uznanie przez jury tej produkcji za film polski budzi do dziś moje zdumienie: na ekranie nie pada ani jedno słowo w języku polskim, akcja dzieje się w Szwecji i dotyczy problemów szwedzkiego nastolatka i jego relacji ze szwedzką społecznością. Film na tyle silnie osadzony jest w szwedzkich realiach, że dla widza polskiego zawiera sceny budzące niebotyczne zdumienie… No fakt, Polska jest jednym z krajów współprodukującym film: jednym z trzech. Ale nie o tym… Jubileuszowa nagroda dawno za nami, 31. Tarnowska Nagroda Filmowa jeszcze trwa – choć obejrzeliśmy już wszystkie spektakle konkursowe.

Jeden z tegorocznych faworytów – WOŁYŃ Wojtka Smarzowskiego – stanowi w całości produkcję polską, a mimo to polski nie jest podstawowym językiem bohaterów obrazu. Na ekranie słyszymy ukraiński (niestety literacki ukraiński, a nie jego kresową, zachodnią odmianę), jidysz, niemiecki, rosyjski (z językiem Puszkina w polskim filmie bywa czasem naprawdę bardzo źle), ale słyszymy też… mającą naśladować kresową polszczyznę cudaczną gwarę z wyraźnym, śląskim akcentem/

Po WOŁYNIU spodziewałam się najwięcej. Oczekiwałam drżenia serca i rąk, spodziewałam się pewnego rodzaju requiem ku czci ofiar krwawych mordów na bezbronnych kobietach i dzieciach. Doświadczyłam oburzającej mnie w takim filmie ekranowej nieprawdy: zobaczyłam kukurydzę rosnącą na ukraińskich polach ćwierć wieku przed Chruszczowem, usłyszałam na ukraińskim weselu góralskie skrzypce zamiast bandury, cymbałów – a choćby i liry korbowej – czy innych ukraińskich instrumentów muzycznych. Jako kompozytora cenię sobie Mikołaja Trzaskę – jednak tu się nie popisał. Nijak nie rozumiem, dlaczego starsza z sióstr Głowackich (Maria Sobocińska) w dniu ślubu traci warkocz (odcinany na progu domu siekierą), a młodsza (debiutująca Michalina Łabacz, studentka I roku Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza w Warszawie) paraduje po ślubie ze Skibą z warkoczem, niczym Jagusia Borynowa (z domu Paczesiówna) po Lipcach. Tenże warkocz w jednej ze scen ląduje w zupie, co zupełnie nie przeszkadza ani reżyserowi ani operatorowi (Piotr Sobociński). No, można było sobie już darować.

Ukraińska obsada zazwyczaj filmowi służy: tu jednak wielokrotnie zdarzało się, że aktorzy ukraińscy odmawiali udziału w produkcji po przeczytaniu scenariusza. Nie wiem, na ile ostateczne decyzje obsadowe są wynikiem kompromisu, na które reżyser z konieczności się zgodził, a na ile spełnieniem jego marzeń. Główna bohaterka - ku mojemu zdumieniu ma największe problemy z kresowym akcentem, a przecież aktorka pochodzi z Sejn, spod aktualnej polsko-litewskiej granicy. Młodziutka studentka, mimo niewątpliwej urody, jest mało przekonująca. Przez większość czasu ucieka albo się ukrywa, najczęściej z najmłodszym dzieckiem. I choćbym nie wiem, jak próbowała usprawiedliwić niewątpliwe mankamenty filmu, choćbym usiłowała wszelkimi sposobami sama siebie przekonać, że przecież jest to film ważny, istotny, potrzebny, konieczny, mający za zadanie odkłamać historię – uważam, że obraz zawiera błędy, które akurat Smarzowskiemu zdarzyć się nie powinny. I twierdzę – niestety – że WOŁYŃ jest jednym ze słabszych filmów w karierze tego reżysera.

Ukraińcy, którzy w swoim kraju wstrzymali dystrybucję WOŁYNIA odgrażają się, że nakręcą „swój Wołyń”. I obawiam się, że ten „ukraiński Wołyń” może będzie i zakłamany, ale będzie artystycznie lepszy.  

Podobnie zafałszowanym – choć artystycznym i pięknym obrazem jest film Agnieszki Holland POKOT. Produkcja polsko-czesko-niemiecko-szwedzka to oparta na kłamstwie manipulacja, tworząca mit. Mit o dobrych pożytecznych zwierzętach, niedobrych i okrutnych myśliwych, którzy strzelają do dzikiej zwierzyny wyłącznie z żądzy krwi. To taki obraz, w którym ksiądz z ambony nawołuje do mordu na zwierzętach – a jednak. Agnieszka Holland na bazie kłamstwa o myśliwych stworzyła dzieło filmowej sztuki. Obraz urzeka pięknem karkonoskich krajobrazów o różnych porach roku, fenomenalnie obsadzoną Agnieszką Mandat, aktorką Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, która stworzyła wiarygodną postać głównej bohaterki: wioskowej ekscentryczki Janiny Duszejko. Na dwie godziny zanurzamy się w nieprawdziwej, pięknej krainie, w której starsza kobieta samotnie walczy „z systemem”. I nie ma znaczenia, że ta oto szlachetna bohaterka okazuje się seryjnym mordercą, który z premedytacją dokonuje zabójstw na członkach wiejskiej społeczności. No cóż! Świat Olgi Tokarczuk i Agnieszki Holland rządzi się swoimi prawami, ale racji artystek pozwolę sobie nie przyjmować
i poglądów nie podzielać. Co nie znaczy, że negatywnie oceniam POKOT. Jest to chyba najlepszy film tegorocznej 31. TNF.

OSTATNIA RODZINA – udany debiut reżyserski Jana P. Matuszyńskiego jest kolejnym, potrzebnym, bardzo dobrym filmem. Myślę, że to chyba jeden z faworytów 31. Tarnowskiej Nagrody Filmowej. Naszej publiczności mógł się podobać również i AMOK Kasi Adamik (produkcja niemiecko-polsko-szwedzka), którego podstawowym mankamentem jest… Mateusz Kościukiewicz. Oburza mnie jednak przede wszystkim, że film oparty na faktach został skierowany do dystrybucji mimo protestów rodziny ofiary. Nie rozumiem, jak można za wszelką cenę, nie licząc się z uczuciami ludzi, w ogóle wyprodukować taki obraz, który – zdaniem rodziców i wdowy – narusza ich dobra osobiste. Producentka Barbara Pisula wyjaśniała, że wielokrotnie składała pełnomocnikowi rodziny ofiary wyjaśnienia na ten temat. Jej zdaniem AMOK został zrealizowany z poszanowaniem dóbr osobistych ofiary, która została przedstawiona w filmie pod zmienionym imieniem i nazwiskiem, a pojawia się w nim wyłącznie po to, żeby uwiarygodnić śledztwo prowadzone przeciwko Bali. Podkreśliła również, że producenci filmu nabyli prawa do książki AMOK autorstwa Krystiana Bali oraz zgodę na wykorzystanie historii Bali z użyciem jego imienia, nazwiska i wizerunku w celu napisania scenariusza. Bala nie konsultował scenariusza, który był pisany w USA przez amerykańskiego scenarzystę. Nigdy nie doszło nawet do spotkania scenarzysty i Bali. Producenci podkreślają, że obraz Kasi Adamik to nie dokument, lecz film artystyczny, jednak rodzina ofiary upiera się, że użycie prawdziwego imienia i nazwiska zabójcy w prosty sposób prowadzi do ujawnienia nazwiska ofiary, a to zmusza rodzinę ofiary do ponownego przeżywania tej tragicznej historii. Spór się jeszcze nie skończył, ale zamieszanie z pewnością podgrzewa atmosferę towarzyszącą pokazom filmu.

Podczas tegorocznej edycji Tarnowskiej Nagrody Filmowej obejrzeliśmy także kilka mniej spektakularnych obrazów: Na pewno zaliczę do nich FALE – debiut fabularny Grzegorza Zaricznego czy ZAĆMĘ – film Ryszarda Bugajskiego - zaskakująco płytki, infantylny i słaby. I nie uratowała go ani Małgorzata Zajączkowska, ani Maria Mamona, ani nawet Janusz Gajos. Tu zaliczam też ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI – film Tomasza Wasilewskiego nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. Obraz pozbawiony muzyki, w którym przez większość czasu oglądamy na ekranie potylice świetnych aktorek. Film o „czymś ważnym” – ale taki, którego oglądać się nie da. Tu też nic nie pomoże ani Marta Nieradkiewicz, ani Julia Kijowska, ani Dorota Kolak – ani nawet Andrzej Chyra czy Łukasz Simlat. Tomasz Wasilewski nie jest debiutantem, mógł nam „sprzedać” temat w trochę ładniejszym opakowaniu.

 Z dużą przyjemnością oglądałam WSPOMNIENIE LATA – film Adama Grudzińskiego, który po tarnowskim pokazie został nagrodzony brawami (jako jedyny) czy produkcję Łukasza Grzegorzka – również debiutanta – zatytułowaną KAMPER, nieszczęśliwie zaprezentowaną nam zaraz po WOŁYNIU. Przez pierwszy kwadrans miałam problem z określeniem problematyki tego filmu i przyjęciem do wiadomości racji reżysera – ale obraz jest świetny, przekonujący, zaskakujący. I zaskakujący jest jego happy end.  

Z dużą przyjemnością i nostalgią oglądałam również SZCZĘŚCIE ŚWIATA w reżyserii Michała Rosy – obraz kunsztownie dopracowany. Dla mnie to jednak film z gatunku tych pięknych i dobrych, w obliczu których obojętniejemy na zło: bo przecież akcja toczy się w czasie ognia, popiołu i nienawiści. Łukasz Muszyński pisze o nim: SZCZĘŚCIE ŚWIATA zaleca się do widzów dopieszczoną kompozycją kadrów, starannie zaplanowanymi jazdami kamery Marcina Koszałki oraz świetną akordeonową muzyką Motion Trio. Miła dla oka i ucha forma współgra z treścią – przez większość seansu reżyser balansuje między powagą a żartem, konkretem a magicznym realizmem. […] Jednocześnie muszę przyznać, że oglądałem film Rosy na zimno, bez większego zaangażowania. Za dużo tu zimnej artystycznej kalkulacji, aby "Szczęście świata" mogło autentycznie bawić i wzruszać. […] Wszyscy dają tu z siebie wiele: aktorzy, twórcy scenografii i kostiumów, operatorzy kamer. Mimo ich wysiłków "Szczęścia świata" nie udaje się ożywić. To obraz ładny i szlachetny w zamyśle, ale pozbawiony emocjonalnego jądra. Filmowe jajko Fabergé. Jakby to powiedział klasyk: piękny kościół, ale bez Boga. /Łukasz Muszyński, Szczęście w nieszczęściu, Filmweb/.

Wczoraj, na zakończenie pokazów konkursowych obejrzeliśmy dwa bardzo dobre filmy kryminalne, którym nie przewiduję w Tarnowie wielkiej przychylności jurorów. PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE – film w reżyserii Arkadiusza Jakubika (artysta debiutował jako reżyser w 2010 roku PROSTĄ HISTORIĄ O MIŁOŚCI). Drugi, JESTEM MORDERCĄ Macieja Pieprzycy, to obraz, który oglądałam z dużą przyjemnością. Podziwiam scenografię i kostiumy, doceniam ciekawie zbudowane i fenomenalnie zagrane role, ale wybrałam się na film wyłącznie dla epizodu debiutującego na wielkim ekranie (choć tylko dźwiękowo) redaktora Dawida Osysko – pochodzącego z Tarnowa dziennikarza radiowego – najsłynniejszego basso profondo radiowej Jedynki. Dawid Osysko pracował przez wiele lat w RDN, później samodzielnie prowadził tarnowską redakcję Radia Kraków -– od kwietnia mieszkańcy Podkarpacia mają zaszczyt słuchać go na antenie Radia Rzeszów. W filmie bierze dyskretny udział.

 Oczywiście, niecierpliwie czekamy na werdykt jury, decyzję publiczności i postanowienie jury młodzieżowego. Ogłoszenie wyników już w sobotę – a w niedzielę będzie można obejrzeć nagrodzone filmy w kinie Marzenie.

Katarzyna Cetera

Zdjęcia - materiały organizatorów (Paweł Topolski), Fb